Wrażenia odsłuchowe Zestawy głośnikowe plasują się najczęściej między dwoma biegunami. Na jednym mamy dźwięk wybitnie analityczny, perwersyjnie dokładny i do bólu neutralny. Na drugim – podbarwiony, ciepły i przyjemny dla ucha. Rzadko się spotyka zestawy, które popadają bez reszty w jedną z tych skrajności, ponieważ bardzo zawężałoby to krąg potencjalnych odbiorców. Oczywiście są też i takie, ale to produkty bardzo niszowe, kierowane do wąskiego grona amatorów o ściśle sprecyzowanych gustach. Na ogół konstruktorzy starają się wypośrodkować cechy brzmienia, które mogłyby wzbudzić kontrowersje (za ostro, za miękko, zbyt chłodno, itp.) i sprawić, by dane głośniki nadawały się wyłącznie do odtwarzania jednego rodzaju repertuaru. Gdzie wobec tego plasują się nowe Confidence 50?
Wbrew pozorom odpowiedź na to pytanie nie będzie łatwa. Nie mam pojęcia, jak Duńczycy to zrobili, ale „pięćdziesiątki” nie dość, że łączą w sobie przeciwstawne i, zdawałoby się, wykluczające się cechy, to w dodatku brzmią niewiarygodnie spójnie! Czary? Chyba nie, raczej solidna inżynieria, technologia i zapewne setki godzin odsłuchów i porównań.

Już w teście Confidence 30 wspominałem, że ich dźwięk jest pełen paradoksów. Tam jednak chodziło głównie o barwę – najmniejsze podłogówki w serii potrafiły w jednym gatunku epatować ciepłem, by chwilę później, po zmianie repertuaru, wybrzmiewać chłodnym dostojeństwem. Confidence 50 idą pod tym względem o wiele dalej, ukazując w jednej chwili cały wachlarz skrajności. Wystarczyło kilka pierwszych taktów z kapitalnego albumu Alexandra Tharauda z towarzyszeniem Les Violons du Roy (koncerty fortepianowe Mozarta i Haydna, Erato), by się przekonać, że duńskie kolumny potrafią zapewnić ponadprzeciętny, niemal studyjny wgląd w nagranie. Czegoś takiego nie potrafiły nawet – skądinąd znakomite – Confidence Platinum! Dokładność i czytelność konturów idzie tu w parze z niezwykłą otwartością dźwięku. Imponuje przede wszystkim przezroczystość środkowego i górnego zakresu, który pozwala niemal dotknąć szczegółów cyfrowego zapisu. Jak na dłoni mamy podane nie tylko grupy instrumentalne – razem i osobno – ale także ich specyficzne środowisko akustyczne. Każdy, kto choć raz był na koncercie w filharmonii, wie, że odpowiedź pomieszczenia jest bardzo istotną składową brzmienia instrumentu, a brak pogłosu sprawia, że dźwięk wydaje się nam aseptyczny i pozbawiony ciała. Dynaudio potrafią tak odtworzyć owo połączenie dźwięku właściwego i odbitego, że nawet kiedy słuchamy ich niezobowiązująco, z drugiego pokoju, ujmują niezwykłą naturalnością brzmienia.
A właśnie – naturalność. Niewiarygodne, że mimo całej swej aptekarskiej precyzji i maksymalnego otwarcia, Confidence 50 wybrzmiewają z pełną naturalnością – gładko, potoczyście i tak plastycznie, jakbyśmy słuchali doskonałego źródła analogowego (w notatkach zapisałem: „brzmienie rozdzielcze, ale nie techniczne”). Choć detaliczność i rzetelność przekazu stoją na takim poziomie, że porównanie ze sprzętem studyjnym narzuca się samo, ani przez chwilę nie odnosi się wrażenia beznamiętności, z jaką kojarzy się sprzęt do monitorowania dźwięku. Duńskie przetworniki są żywe i nasycone – ba, wręcz ciepłe!
Konkluzja Z całej wolnostojącej rodziny Confidence właśnie „pięćdziesiątki” spodobały mi się najbardziej. Łączą w sobie najlepsze cechy młodszych i starszych modeli – odpowiednio: precyzję i nasycenie – a już całkiem od siebie dodają nieprzeciętną muzykalność, naturalność i ujmującą bezpośredniość.
Duńczycy doskonale wiedzą, jak konstruować idealne kolumny na ludzką miarę.